LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści. Pokaż wszystkie posty

2012-10-08

Lekarstwo na miłość. To samo, ale inaczej...

Wydawałoby się, że jadamy ciągle to samo, czyli pieczone warzywa. Zapewne tak jest, ale za to w różnych odsłonach... Oto  przebój tego lata i tej jesieni -  sałatka z pieczonych warzyw, podana  z komosą ryżową i kolendrą, skropiona tłoczonym na zimno olejem lnianym i sokiem z cytryny, doprawiona grubą morską solą oraz świeżo zmielonym pieprzem. To samo, ale inaczej. Te same co zwykle pieczone warzywa (bakłażany, papryki, cukinie, czosnek i cebule), lecz z innymi dodatkami. I to przypadek, że sałatka  wygląda całkiem jak moja tegoroczna  ratatuj... Trudno zapomnieć ten smak. Szczerze polecam!

Składniki:
  • 2 nieduże czerwone papryki
  • 1- 2 cebule
  • 1 mały bakłażan
  • 1 młoda cukinia
  • 1 główka czosnku
  • gałązki tymianku
  • sól, pieprz
  • 1 łyżka oleju do pieczenia 
  • 1 łyżka ulubionego oleju tłoczonego na zimno/ oliwy do polania gotowego dania
  • garść posiekanej kolendry
  • sok z połowy cytryny
Warzywa odpowiednio pokroić: bakłażany i cukinię w plasterki, papryki  na połówki, cebule na ćwiartki i ułożyć wszystko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Dodać nieobrane ząbki czosnku, wszystko skropić olejem, posypać tymiankiem i wstawić do nagrzanego piekarnika ( funkcja grill, 250 stopni) na mniej więcej 15-20 minut. Kiedy papryka się dobrze przypiecze, a pozostałe warzywa zrumienią, można zakończyć pieczenie.

Teraz pozostaje już tylko odczekać kilka minut, by dało się  zdjąć skórkę z papryki. Następnie należy  paprykę pokroić w zgrabne paski i ułożyć razem z innymi warzywami na kopczyku ugotowanej  komosy, przyprawić solą  i pieprzem, dodać  wyciśnięty czosnek, polać olejem i wycisnąć sok z cytryny. Można jeszcze sałatkę delikatnie przemieszać. Na koniec posypać  raz jeszcze solą morską,  świeżo zmielonym pieprzem i porwaną świeżą kolendrą. 

"Światem zaczęła rządzić jesień" - jak mówią słowa  popularnej  pieśni, ale da się jeszcze takie warzywa kupić  na bazarku albo w sklepie i przyrządzić sałatkę. Do pociągu wsiadać nie musimy... My wsiedliśmy do samochodu i przywieźliśmy...

... Bonifacego. To nasz nowy domownik,  kocie cudo po przejściach. Nasze "lekarstwo na miłość"  - jak kiedyś napisała Kass, cytując tytuł pewnego filmu według powieści Joanny Chmielewskiej. Coś się kończy, coś się zaczyna.
A oto (poniżej) drugi domownik: Tyciek/Tycio. Kiedy zobaczyłam go na zdjęciu, wiedziałam, że to jest nasz kot. Myślcie sobie, co chcecie. I jeszcze ta zbieżność imion! Jest maleńki -  tyci, tyciutki i niezły z niego łobuziak. Jak Ździebko.  To samo, ale inaczej. Czas pokaże...

Pozdrawiam Was serdecznie. Trzymajcie kciuki, bo koty muszą się ze sobą dogadać :)

2011-08-24

Z tęsknoty za Tel Awiwem. Hummus

 Zatęskniłam za Tel Awiwem tak bardzo, że na fali wspomnień przygotowałam hummus, falafle/falafele? i upiekłam pity. Nie pomogło. Musiałam jeszcze posłuchać muzyki i obejrzeć zdjęcia. Najbardziej mi brak ciągnących się kilometrami plaż Tel Awiwu:

 Plaż, które zimą były dość puste, bo woda o temperaturze 21 stopni okazuje się dla Izraelczyków za zimna... Brak mi też  architektury miasta (Bauhaus!), jego knajpek i ludzi. A ludzi można spotkać tam naprawdę różnych. Żadne slogany nie oddadzą tego  klimatu różnorodności, rozmów po polsku, rosyjsku, angielsku. I gardłowej  hebrajszczyzny wspieranej silną gestykulacją. Tu   możecie przeczytać więcej o samym mieście.
Kiedy zaczęła się izraelska zima, morze wyglądało tak:

Spotkanie z miastem zaczęłam zaczęłam jednak w pogodny dzień od spaceru nad morzem, potem był hummus w Jaffie. Starożytna Jaffa jest już dziś niemal  częścią młodego Tel Awiwu i  to do niej chodzi się lub jeździ na hummus czy  falafel do arabskich knajpek. Odnowiona najstarsza część Jaffy pełna jest takich zakamarków:

 Na hummus jeździ się jednak do tej  zaniedbanej, ale za to bardziej autentycznej części miasta. Chciałam zrobić zdjęcie knajpki, w której jadłyśmy pyszny hummus, ale Liora powiedziała: " zostaw, jeszcze niejedno takie miejsce przed Tobą..." Wiedziała, o czym mówi, ale hummus podany z duszonymi pieczarkami w oliwie pozostanie w mojej pamięci. Pyszny był - zimna pasta i ciepłe pieczarki w oliwie to zaskakująco dobre połączenie!
Potem jadałyśmy hummus codziennie, a może nawet i dwa razy dziennie - począwszy od śniadania (bo hummus podaje się w Izraelu na śniadanie, więc był i na naszym szwedzkim stole w hotelu), po kolację w oazie na pustyni. Nic dziwnego, że po tygodniu miałam dość! Liora mówiła: "dajcie spokój - to przecież fast food". Miała nadzieję, że damy się wyciągnąć na sushi albo do jakiejś włoskiej czy francuskiej restauracji. Wybierałyśmy kuchnię wschodnią i śródziemnomorską. Sushi mamy w Warszawie...

Basia pisała, że ciecierzycę na  hummus należy moczyć w wodzie z dodatkiem sody, sodę dodaje się też do gotowania, by przyspieszyć sam proces gotowania i zmiękczyć ziarna cieciorki. Zaopatrzyłam się w arabskim sklepiku w produkty i ugotowałam. Oto mój hummus:

Składniki:
  • 1 szklanka suchej ciecierzycy
  • 2 łyżki sody
  • 1/2 szklanki pasty tahini
  • sok z 1 cytryny
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • sól
  • oliwa

 Cieciorkę wypłukałam kilkakrotnie i namoczyłam -  jak fasolę -  w misce z dużą ilością wody i 1 łyżką sody. Po 12 godzinach nadawała się już do gotowania. Wypłukałam ją ponownie, dodałam kolejną łyżkę sody  i gotowałam ciecierzycę do miękkości  - około 1,5 godziny. Po ugotowaniu odcedziłam, ale zachowałam wodę i zmiksowałam na puree, dodając trochę płynu (myślę, że  łatwiej byłoby użyć elektrycznej maszynki do mielenia...) Dodałam pastę tahini (Izraelczycy mówią: thina), sok z cytryny, rozgnieciony czosnek, znów trochę płynu od gotowania i przyprawy - i miksowałam aż  do uzyskania gładkiej i aksamitnej masy. Małka Kafka z restauracji Tel-Aviv twierdzi, że są dwie szkoły przygotowywania hummusu - na  mniej lub  bardzie aksamitną pastę. Ja wolę tę drugą... Podałam hummus z pyszną oliwą z pierwszego tłoczenia i z papryką, którą kupiłam na bazarze Karmel w dzielnicy jemeńskiej Tel Awiwu.  Trudno zapomnieć te widoki:


Hummus jedliśmy z domową pittą, bo tych gotowych naprawdę szczerze nie lubię. A pitty piekłam z tego podstawowego przepisu. Polecam!

Składniki:
  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka wody
  • 1,5 g drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżki oliwy
Mąkę przesiałam z solą. Drożdże rozpuściłam w wodzie, wymieszałam z cukrem, odrobiną mąki i odstawiłam na 15 minut. Do wyrośniętego zaczynu dodałam mąkę, wodę i oliwę i wyrabiałam ciasto w mikserze przez 5 minut albo trochę dłużej. Powinno być miękkie i elastyczne. Następnie  oprószyłam je mąką, przykryłam folią i odstawiłam  do wyrośnięcia w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (około 1 godziny). Po wyrośnięciu  wyłożyłam  ciasto na stolnicę, ponownie krótko wyrobiłam, by pozbyć się nadmiaru powietrza i  podzieliłam na 8 równych części.  Każdą kulkę ciasta rozwałkowałam na okrągłe placki o średnicy ok. 15 cm i grubości ok. 5 -8  mm. Ułożyłam na posypanej mąką stolnicy,  przykryłam i pozostawiłam do wyrośnięcia na 20 minut. W międzyczasie nagrzałam piekarnik razem z blaszką do 230 st. C. Ułożyłam wyrośnięte chlebki na blasze i piekłam, aż napuchły - trwało to około 8 minut. Pity nie muszą się zarumienić, ale są ładniejsze i mnie takie bardziej smakują. Było pysznie, lecz tęsknota nie minęła...


Jeśli chcecie poczytać, co pisze prof. Hartman o Izraelu (warto!), zajrzyjcie tu:


2011-08-17

Bałtyk w różnych odsłonach i turbot z patelni

Miały być Mazury albo dzika Suwalszczyzna, ale nie mieliśmy szczęścia... Uciekliśmy w popłochu na Hel i tam mogliśmy jak co roku podziwiać Bałtyk w  rożnych odsłonach i godzinami spacerować po najpiękniejszych plażach na świecie. Naprawdę tak myślę! A przy odrobinie wysiłku udawało się nam  uniknąć tłumów, plastiku i hałasujących dzieciaków (tak, wiem, że dzieci są przyszłością narodu, ale cudze potomstwo  dało nam w tym roku w kość, a permisywni lub zmęczeni rodzice to chyba jakiś ogólnopolski problem; jeśli do wychowania dołączą się jeszcze dziadkowie, dla których ukochane wnuczę plujące do talerza albo grzebiące w śmietniku to istny cud i sama radość - to wiecie, o czym piszę...) Pogoda na szczęście nie zawsze dopisywała, więc plaże dostępne były tylko dla wytrwałych.
 Godzinami siedzieliśmy w koszu plażowym albo spacerowaliśmy, mocząc nogi w wodzie i  obserwując szybko przemieszczające się chmury. I cieszyliśmy się jak dzieci, kiedy mocno wiało, a fale  załamywały się jedna po drugiej:
 Nawet molo w Juracie nie było przy tak zmiennej pogodzie przeludnione:
Po raz kolejny przekonaliśmy się jednak, że Jastarnia ani Jurata to nie Sopot i poza zawsze przeludnioną Werandą nie ma gdzie się napić porządnej kawy ani zjeść dobrej  ryby. Ale... wycieczka rowerowa do Kuźnicy zakończyła się kulinarnym sukcesem: ryby marynowane były wprawdzie takie sobie, za to turbot... turbot był doskonały! Bardziej  soczysty od flądry, usmażony na świeżym tłuszczu i  podany z masłem czosnkowo-koperkowym wart był wysiłku, czyli jazdy na rozklekotanym rowerze z wypożyczalni...
 Turbot to w ogóle ryba magiczna (patrz: powieść "Turbot" Guntera Grassa) i trudno dostępna (okres ochronny od czerwca do końca lipca); ponadto - zbyt duża i droga, by mogła cieszyć się powodzeniem w smażalniach. Przyznam, że mimo to zawsze mam na niego ochotę, bo  lubię turbota najbardziej  ze wszystkich bałtyckich ryb i szczerze Wam  polecam, nie tylko tego ze  smażalni z widokiem na Zatokę i surferów:
Miłego lata! A propos: lubicie Bałtyk?

2010-02-12

Z inspiracji. Pomidorowa z lanymi kluseczkami


Jagoda gotuje pyszną zupę pomidorową, gęstą od  zacierek. W lecie ze świeżych pomidorów, zimą, z konieczności, z puszki. Ale ten smak jest niezapomniany: wyrazisty i aksamitny zarazem. Od masła pewnie i śmietany, bo zupy Jagoda gotuje bez mięsa. Jeden talerz zupy mi nie wystarczył... Ale co tam! Odchudzamy się przecież od jutra, prawda? Nieustająco - dodam...
A tak w ogóle - miło być zaskakiwanym. Mimo ciągłych rozmów o jedzeniu, na które naciągałam Magodę,   nigdy nie wiedzieliśmy, co  po powrocie ze spaceru czy z nart dostaniemy na obiad. I o to chodziło.
Nie mieliśmy też żadnych specjalnych życzeń kulinarnych, choć ja po cichu  bardzo liczyłam na czosnek niedźwiedzi o którym tyle rozmawiałyśmy. I był. W środku zimy! Wyjęty z zamrażarki. (Dzięki raz jeszcze, Jagodo!). 

Zapewniam, że zwyczajne i lubiane  klopsiki mięsne z warzywami, podane z dużą ilością pokrojonych liści czosnku to po prostu nowa jakość, kulinarny poemat. Nie przesadzam.  Smak nie do podrobienia, bo zwykły czosnek, choć podobny, daje w potrawie jednak inny, dużo silniejszy  efekt.   A czosnek niedźwiedzi - to taki szpinak albo szczaw czy też  pachnąca czosnkiem sałata... Moje kulinarne odkrycie. Do tej pory znałam tylko jego wygląd i zapach, bo ktoś mi kiedyś go pokazał jako ciekawostkę, ale teraz wymyśliłam, że muszę zdobyć nasiona  i  posadzić własne  sadzonki   na rodzinnej działce... Zazdroszczę  Szwajcarom - tam wiązki czosnku można  wiosną kupić na targu. Ech!

Skoro  nie mogę w tej chwili przyrządzić dania z niedźwiedzim czosnkiem, ugotowałam  tymczasem pożywną pomidorową, której smak  wrócił ze mną z Bieszczad do domu.  Tym razem nie z zacierkami, ale z lanymi kluseczkami, żeby było szybciej. Była pyszna i   powstała z inspiracji, choć smakowała inaczej niż zupa Jagody.
Przepis będzie mało precyzyjny, składniki odmierzajcie na oko. A ponieważ wiem, bo czytam na blogach, że  "na oko to chłop w szpitalu umarł," dopowiadam: ... a doświadczona kucharka  tymczasem z powodzeniem w domu  gotuje, podam Wam jedynie ogólnikowy przepis, sami (same...) będziecie wiedzieć, co zrobić, żeby zupa smakowała tak, jak lubicie.
Sładniki:
  • garść włoszczyzny z mrożonki
  • puszka pomidorów w zalewie
  • opakowanie sosu pomidorowego z kartonu  albo i mniej
  • ząbek czosnku
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżka oleju
  • sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy
  • bulion domowy - ja dałam tym razem gotowy, ze sklepu - ile zechcecie
  • ew. śmietana 
 Lane kluseczki:
  •  jajo, sól, woda, mąka - moje ciasto było na tyle gęste, że po ugotowaniu  smakowało jak kluski, ale jeszcze dało się długimi smugami (o zgrozo, co za określenie gęstości ciasta!)  wlać do zupy.
Na początku... czy Wy też tak macie, że prawie każdą zupę bezmięsną zaczynacie gotować od podsmażenia warzyw? No więc: na początku podsmażamy warzywną krajankę z czosnkiem i dusimy z przyprawami w małej ilości wody, potem dodajemy pomidory i dusimy wszystko  jeszcze przez chwilę, do uzyskania konsystencji sosu. Następnie miksujemy wszystko  żyrafą, przecieramy przez sito dla uzyskania aksamitnej konsystencji (można sobie darować, ale warto) i uzupełniamy bulionem. Tyle, ile nam się podoba, zależy, jak gęstą  i esencjonalną zupę lubimy. Doprawiamy do smaku (może przyda się szczypta cukru? - ale zupa nie powinna być, o dziwo,  kwaśna), gotujemy jeszcze przez chwilę i  w tym czasie przygotowujemy lane kluski (mieszamy rózgą w misce, dość energicznie), następnie   wlewamy je długimi smugami do zupy, mieszając delikatnie. Gotowe. Można dodać śmietany, ale i tak zupa jest łagodna, cudownie gęsta od   klusek i aksamitna od warzyw.

Jagody zupa była gotowana inaczej (na pewno!), ale stała się dla mnie inspiracją, może i moja wersja zainspiruje Was do swoich poszukiwań? Albo do wspomnień? Moje wróciły, więc posyłam jeszcze kilka zdjęć robionych przez mego Męża  i pozdrawiam Was serdecznie.  Jagodę i Maćka ściskam osobno!.



2010-02-08

Kwaśnica i nieustraszeni zdobywcy Otrytu


Zatem pojechaliśmy w Bieszczady i to znów do Chaty Magoda. Właściwie wysokie góry nas nie interesowały, pozostaliśmy w Lutowiskach i chcieliśmy po prostu pobyć sobie u Jagody i Maćka,  posiedzieć przy kominku, pochodzić na spacery z Bubą. Postanowiliśmy zdobywać głównie ... okoliczne wzniesienia, na przykład cmentarz żydowski, na który brnęliśmy w głębokim śniegu.
 Odbyliśmy też  spacer po miejscowości, po drogach wprawdzie odśnieżonych, ale i tak niezwykle malowniczych, przy jednej z nich spodobał mi się "umajony" krzyż:
 
 A widok na Chreptiów z Pana Wołodyjowskiego (tak, to tu znaleziono plenery do filmu) rozpościerał się  taki:
 
Wybraliśmy się na ten spacer z podekscytowaną Bubą, która z radości  nurkowała w śniegu i  tarzała się na  środku drogi:
 
Zdobyliśmy też ... wzniesienie, na którym stoi chyża Jagody i Maćka. Maciek ją właśnie w środku remontuje. Już jest piękna, a będzie piękniejsza! Widok z zewnątrz bajkowy, prawda?
 
Postanowiliśmy wreszcie przestać się kompromitować przed samymi sobą i  przed Gospodarzami, i udać się przynajmniej na Otryt, żeby zaliczyć zimą jakąś górę, ale... tego dnia zamieć zamiotła nam drogę i większość czasu kręciliśmy się w takiej kurzawce:
 
albo siedzieliśmy w domu przed komikiem, popijając zieloną herbatę z miodowym krupnikiem:
Następnego dnia, w pełnym słońcu, nasza droga na Otryt  wyglądała tak:
 
Ale udało nam się przejść, mieliśmy wszak na nogach ochraniacze od Jagody i Maćka, śnieg zresztą tylko miejscami sięgał  do kolan, dało się iść. Dla takich widoków na początku szlaku:

 
 Byliśmy sami, tego dnia nikt się na Otryt od strony Lutowisk nie wybrał. Otryt to zalesione pasmo górskie, bez punktów widokowych, ale zimą można, wspiąwszy się wreszcie na grzbiet, podziwiać w prześwicie widoki na Magurę Stuposiańską i Połoninę Caryńską:
Kiedy zmęczyło nas brnięcie po dziewiczym i głębokim  śniegu i zapadanie się w nim  po same uda, odpoczęliśmy na  zwalonym drzewie, racząc się kawą z termosu i posilając czekoladą. 
W takie dni życie jest po prostu piękne. I tyle. Dobrze, że tu w końcu dotarliśmy i dobrze, że było tak słonecznie, ciepło i cicho. Tylko dzięcioł odzywał się czasem, przerywając ciszę, na  dowód, że poza nami jest jakieś życie na Otrycie... Wizytę w Chatce Socjologa ostatecznie sobie darowaliśmy, mimo że mieliśmy iść w odwiedziny do Magodowego capa ;) Innym razem...

Wspominając ten dzień, ugotowałam w domu kwaśnicę, bo to taka górska zupa z charakterem... 

W Bieszczadach nie lubimy żywić się nigdzie poza Chatą Magody (Jagoda gotuje pysznie i zdrowo, poza tym - objadamy się tak, że nie ma już miejsca na dodatkowe posiłki!), ale raz, na stoku narciarskim, w przerwie między zjazdami,  skusiliśmy się na kwaśnicę. Była baaardzo kwaśna i  baaardzo smaczna. W drodze powrotnej do domu, jeszcze w Lesku,  zakupiłam kapustę kiszoną, bo w Warszawie niełatwo kupić prawdziwie kwaśną  i dopiero na miejscu  przekonałam się, że to kapusta  spod... Lublina. Byłam zachwycona, bo to przecież moje rodzinne strony! 
A oto przepis na kwaśnicę na żeberkach, która od kapuśniaku tym się różni, że dodajemy do zupy i kapustę, i kwas spod kapusty. Nie dodajemy też włoszczyzny (tak twierdzą górale), ale grzyby i ziemniaki.
Składniki:
  • 70 dkg - 1 kg  kapusty kiszonej razem z sokiem i trochę kwasu dodatkowo, jeśli kapusta nie jest mocno ukiszona
  • klawiatura żeber wieprzowych (ok. 70 dkg)
  • kawałek dobrej wędzonej kiełbasy (albo jakiejś innej wędzonki)
  • 2 dkg grzybów suszonych (najlepiej dać suszone w plasterkach, ponieważ nie wymagają uprzedniego moczenia)
  • 2 liście laurowe
  • 2 łyżki utłuczonego w moździerzu kminku
  • cebula opieczona nad płomieniem
  • sól, pieprz, ziele angielskie
  • 3 litry wody 
  • 5-6 osobno ugotowanych ziemniaków
Najpierw gotujemy żeberka z opieczoną cebulą, namoczonymi grzybami i przyprawami (bez soli). Kiedy żeberka są prawie miękkie (po ok. 40 min. ), dodajemy kiełbasę i kapustę razem z  kwasem, i gotujemy na małym ogniu jeszcze około godziny. Kiełbasę warto wyjąć wcześniej. Doprawiamy zupę solą (oszczędnie, bo kapusta jest słona) i mielonym pieprzem, ewentualnie jeszcze mielonym kminkiem. Mięso (obrane z kości), grzyby  i kiełbasę kroimy  i wkładamy do zupy. Ugotowane osobno i pokrojone ziemniaki dodajemy do zupy na końcu. Kwaśnica ma być gęsta i kwaśna. Pyszna, charakterna! Polecam zwłaszcza zimą.
A o Chacie Magoda napiszę jeszcze w następnym poście :)

2009-11-24

Herbatka w nastroju nieprzysiadalnym


 Naprawdę jestem w nastroju nieprzysiadalnym, jak pisze klasyk (wszak Świetlicki jest już klaskiem). Nie wdając się w psychologię i psychoanalizę, napiszę tylko, że:  a) bardzo się ostatnio zmęczyłam, b) ludzie mnie irytują,  c) ja zapewne irytuję ludzi, d) widzę jeden ratunek - zniknąć na dni kilka, co nie wydaje mi się możliwe, e) zaradczo - proponuję herbatę. Bowiem herbata jest dobra na wszystko. Prawie. Anglicy proponują ją każdemu i chyba w każdej sytuacji, w której nie wiadomo, jak się zachować. Ja preferuję czarną i mocną, najlepiej Darjeeling albo Kenię, albo mieszanki Whittarda.
Herbata to dla mnie nie są żarty, kompromisów prawie nie uznaję - nie pijam takiej z torebki, bo smakuje papierem i kurzem, dbam o  dobrą wodę i odpowiedni stopień wrzenia, a  i tak rzadko jestem usatysfakcjonowana efektem.

Bywa jednak, że chcę, aby to ktoś inny podał mi herbatę, wtedy może być nawet nieco gorsza, taka z zaparzacza, ale woda  i tak musi być świeża, pierwszy raz gotowana. Dlatego prawie nigdy nie pijam herbaty w pracy, a do niektórych znajomych wybieram się z ... herbatą w prezencie. Bo oni częstują mnie taką  z torebki,  na smyczy, którą zalewają wielokrotnie gotującą się wodą. Tego nawet z cukrem nie da się wypić, a z cukrem i tak nie pijam.

No cóż, nie pisałam nigdy, że jestem miła i spolegliwa ;) A już na pewno nie wtedy, kiedy chodzi  o herbatę. Parzyć ją nauczył mnie dawno temu pewien redaktor pewnej młodzieżowej gazety i - tak zostało. Ogrzewam więc  dzbanek, sypię herbatę, zalewam wrzątkiem (białe wrzenie, malutkie bąbelki), mieszam  i czekam od 3 do 5 minut. Kiedyś zawsze parzyłam napar pod przykryciem - dzbanek owijałam ściereczką. Dobrze zaparzona herbata jest słodkawa w smaku, a w dzbanku, po zamieszaniu, tworzy się brązowa (nie biała!) pianka. Spróbujcie sami! Magia. Nie powiem, że działa na wszystko, ale  porcelanowa filiżanka tego napoju, popijana powoli, w skupieniu, z namaszczeniem, dostarcza prawdziwej  przyjemności. Taka z cytryną, wypita w kubku,  który ogrzewa dłonie - to przyjemność innego rodzaju. Tak jak herbata ratunkowa, o której pisałam powyżej. Ta z kolei służy podtrzymaniu więzi, jest dowodem troski. A smak przestaje być najważniejszy.
Dodam jeszcze, że herbaty aromatyzowane pijam rzadko, w specjalnych okolicznościach i tylko nieliczne, bo psują mi prawdziwy smak tego napoju (smakują kisielem.)

Teraz już wiem, że nikt mnie na herbatę nie zaprosi i wszyscy znajomi okażą się  - tak jak ja dzisiaj -   nieprzysiadalni ;)

Pozdrawiam Was serdecznie, z filiżanką herbaty w dłoni...

2009-08-12

Sery, wino, fondue i garść wspomnień


Trzeba mieć swój pomysł na miasto, tym bardziej trzeba mieć jakiś pomysł na zwiedzanie kraju. Justyna i Tomek podróżowali śladami Rilkego, wybrali się na cmentarz, by odnaleźć grób Joyce'a; Tomek na różnych kartkach robił notatki do przyszłych wierszy i wcale nie reagował na nasze uwagi, że do tego najlepszy notes Moleskine... Piotr robił zdjęcia, Isabelle prowadziła i woziła nas w różne miejsca, przygotowana na wszystko, zaplanowała trasy jak prawdziwa Szwajcarka (tak o sobie mówiła) - kupiła nam nawet tanie bilety podróżne, byśmy mogli robić całodniowe wycieczki po niewielkiej Szwajcarii, jeździć pociągami, trolejbusami, kolejkami, pływać statkami spacerowymi po jeziorach. Justyna w podróży (Jezu, te szwajcarskie pociągi z mini salonikiem przy wejściu!) czytała o innych podróżach i mówiła, że to ciekawe doświadczenie móc skonfrontować sobie "Dojczland" Stasiuka z własnym doświadczeniem obcości/inności.

Ja - chciałam smakować Szwajcarię, poczuć klimat każdego z odwiedzanych kantonów, posiedzieć w knajpkach, zwiedzać kościoły i muzea. Polskie ślady właściwie sobie darowałam, choć musiałam zobaczyć słynne witraże Mehoffera we Fryburgu. Warto było! Poniżej święta Katarzyna:


Uparłam się przy sztuce XX wieku i musiałam zobaczyć obrazy Paula Klee, Kandinsky'ego i Chagalla, dlatego w Lucernie spędziliśmy kilka godzin w galerii Rosengart, a z Kunsthaus w Zurychu to mi się nie chciało wychodzić. Nie będę pisać, co czuję do dziś z tego powodu, że w Bernie nie zobaczyliśmy Centrum Paula Klee, bo był poniedziałek i wiadomo -  muzea kiedyś muszą być nieczynne. Zresztą, w Bernie byliśmy tylko kilka godzin.

Chłodziliśmy się przy fontannach - miałam wrażenie, że fontanny Zurychu i Fryburga ratują mi jeśli nie życie to przynajmniej zdrowie... Całe szczęście, że Szwajcarzy wielbią fontanny i że można pić z nich wodę, a w betonowych misach wypełnionych wodą chłodzić dłonie.

Chłodziły nas też kościoły, zwłaszcza katolickie, bo w protestanckich nie było tego przyjemnego odczucia chłodu, co wiemy z Zurychu. Ale za to jakie witraże Chagalla zdobią Fraumunster!


Ale miało być o serach i o winie. Wino skwituję uwagą, że piliśmy francuskie i szwajcarskie - i wszystkie nam smakowały - wypijane na pikniku czy w domu do kolacji. Nie ma znaczenia... Sery zaś zasługują na osobnego posta, ale co ja się będę wymądrzać, poczytajcie o serach u Bei . Uparłam się, by spróbować Belper Knolle, o której pisała Bea, ale w sklepach, w których jej szukałam, nie udało mi się kupić. Schade. Innym razem. Kupiłam za to Tête de Moine, czyli Głowę Mnicha, tyle że od razu w rozetkach, więc cała przyjemność krojenia tego sera specjalnym przyrządem odpadła. Ale jadłam i smakował!

A poza tym - codziennie (dwa razy dziennie) jedliśmy sery Gruyère i Vacherin Friborgoois (chyba ulubiony ser Izy) we Fryburgu ponadto pyszny Mont Vully, o pomarańczowo-czerwonej skórce, dlatego że ser ten moczy się w winie pinot noir. Do domu kupiłam ponadto słynny Appenzeller oraz... Tylsiter, dla porównania z naszym tylżyckim. Nie ma porównania. Więcej nie pamiętam, a to nie wszystkie, bo przecież jedliśmy jeszcze sery miękkie z pleśnią. Ech! Smakowanie serów jeszcze przede mną, na razie wszystkie mnie zachwycają, bo są po prostu dobre. Ale najchętniej jadałam Gruyère i Mont Vully.


Isabelle pożegnała nas kolacją w stylu szwajcarskim, czyli fondue. Dla miłośników sera to była prawdziwa atrakcja (trzeba było widzieć, jak łapczywie pożerali kawałki bułki lub gotowanych ziemniaków, maczane w rozpuszczonym serze), ja stanowczo wolę raclette, a fondue wybieram mięsne ;)

Iza swoje fondue robiła tak: postawiła na kuchence garnek natarty ząbkiem czosnku, wlała do niego około szklanki białego wina i zagotowała je, dodała  50 dkg startego sera (przygotowana w sklepie mieszanka gruyere'a i vacherina) i mieszała całość do rozpuszczenia sera, po czym zagęściła masę łyżką skrobi kukurydzianej (nie ziemniaczanej, bo niedobra) i mieszała aż do zagotowania, wykonując ósemki łyżką drewnianą. Doprawiła fondue zmiażdżonym czosnkiem i pieprzem. Garnek ustawiła na stole na podgrzewaczu i zaprosiła gości. Jedliśmy fondue z białym chlebem pokrojonym w kostkę lub z ugotowanymi ziemniakami. Do tego pyszne konserwowe ogórki i oliwki. Oraz białe wino. Uwaga: fondue trzeba koniecznie raz na jakiś czas zamieszać nadzianym na szpikulec chlebem, by się nie przypalało.

Patrzyłam ze zgrozą, kiedy Iza poszła przygotować drugą porcję, bo garnek nie pomieściłby kilograma sera...

2009-05-25

Pierwsze truskawki


Czasami nie chce się jeść nic. Ot, miseczka truskawek i tyle. To pierwsze polskie -mam nadzieję - truskawki w tym sezonie, a takie lubię jeść bez niczego, nawet bez balsamicznego octu, jogurtu czy śmietany.
Urok prostoty. Usiąść na balkonie, popatrzeć na zioła i kwiaty i -wdychając słodki zapach heliotropu - zajadać truskawki. Kuszący pomysł, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma się czasu i pisze tekst o "Tataraku" Wajdy, o życiu, śmierci i przemijaniu. Ot - truskawki...



2009-04-03

Wino truskawkowe

http://img.stopklatka.pl/film/17400/17443/g-6.jpg

- Chcecie iść na Wino truskawkowe? - zapytała koleżanka. - Mam dwa zaproszenia.Wybraliśmy się i tu - olśnienie. Co za film! Musiałam być pełna rezerwy, bo jak tu przenieść na ekran prozę Stasiuka i niczego nie zepsuć? Nie dalej jak kilka dni temu rozmawiałyśmy sobie z Basią (buruuberii) o Stasiuku, Beskidzie Niskim i Opowieściach galicyjskich, o tym, że lubimy bardzo tę prozę i sam Beskid Niski, a tu ktoś kręci film! No i poszliśmy z Mężem, rezygnując z domowego semifreddo, z kolacji przy świecach albo nawet wyjścia do restauracji. To była uczta duchowa, naprawdę.
Obawiałam się przede wszystkim, że metafizyki obecnej w prozie Stasiuka nie da się przenieść na ekran, a jednak - zrobił to sam Andrzej Stasiuk jako autor scenariusza. Wydobył ze swej prozy to co najbardziej filmowe, dopisując nowe wątki i koncentrując je wokół głównego bohatera - policjanta, granego przez pięknego Jiriego Machacka, który wygląda jak... młody Stasiuk. Reżyser powiedział mi po projekcji, że krążą nawet plotki, jakoby obsadził go właśnie dlatego, ale to nieprawda. No nie wiem - pomyślałam, bo wygląd bohatera po prostu przekonuje.

Pamiętam młodego Stasiuka (piękny, demoniczny brunet!) jeszcze przed debiutem, z czasów, kiedy mieszkał w łemkowskiej chałupie w Czarnem, razem z żoną i dziećmi, jakiś czas po wyjeździe z Warszawy. Łemkowska chata pozbawiona prądu, z baterią słoneczną na dachu a nieopodal niej - cerkiewka, której Stasiuk podobno pilnował jako stróż... Nie lubili z żoną turystów, którzy naprzykrzali im się, gapili na lamy, barana i wszelką inną żywinę plączącą się w obejściu, a chałupa stała przy samej drodze, na turystycznym szlaku. My przyjechaliśmy do nich również nieproszeni, służbowym gazikiem, razem z Miśkiem, który prowadził wtedy schronisko w Banicy. Stojąc w drzwiach, rozmawialiśmy chwilę o kotach, a potem piliśmy herbatę i słuchaliśmy gry na bębnach w wykonaniu Słomy (tak przypuszczam) i Stasiuka. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że Stasiuk, zwany wówczas Świnią, wkrótce wyda jedną z najbardziej skandalicznych książek - opowiadania Mury Hebronu, a potem napisze - okrzyknięte przez krytykę jako wydarzenie - Opowieści galicyjskie.

O takich oryginałach, ludziach z przeszłością, opowiada również ten film. Każdy z nich układa sobie w Beskidzie (tak samo jak i w Bieszczadach) życie na nowo, przetrąceni uciekają od swej przeszłości, wybierają dorywczą pracę, bo "taki tu klimat" - jak mówią. Nie każdy zostaje - tak jak Stasiuk - pisarzem, ale ujawniają inne talenty. Upojeni truskawkowym winem bohaterowie o wyglądzie meneli grają na instrumentach, filozofują, wspominają, marzą i zabijają. Scena w knajpie, kiedy mężczyźni grają i tańczą, uwodzeni przez piękną Słowaczkę, Lubicę, stanowi jedną z piękniejszych (choć pięknych tu wiele) i niezwykle namiętnych. A wino truskawkowe - takie przecież nie istnieje (!) - to balsam dla duszy. No i te krajobrazy - widziane o każdej porze roku. Ekipa filmowa o mało nie przegrała w starciu z naturą, ale udało się oddać klimat, nastrój opowiadań Stasiuka i nastrój miejsca (Dukla, Jaśliska). Tak więc współistnieją ze sobą: metafizyka i realizm, magia i humor. Duchy i ludzie z krwi i kości, wrażliwi i nieludzko namiętni. Miłość i śmierć.

No i mrugnięcie okiem do reżysera Stanisława Różewicza, który po obejrzeniu filmu powiedział, że jeden z bohaterów "za mądry jakiś". No to aktor wypowiada w ważnej scenie słowa, których widz nie rozumie i zrzuca winę na fatalną jakość dźwięku w polskim filmie, a tymczasem - słowa te nagrane zostały od tyłu...

Dla nas wszystkich Beskid ze swymi cerkiewkami i PGR-ami, Bieszczady pozbawione autochtonów, zamieszkane przez uciekinierów wszelkiej maści, społecznych wyrzutków, artystów, hipisów - to obszar największej wolności, jakiej w życiu doświadczyliśmy. Ale o tym jeszcze napiszę.

Póki co - film Dariusza Jabłońskiego Wino truskawkowe - to świetnie poprowadzona opowieść o ludziach, duchach i miejscach oraz o tym, co między słowami, koncertowo zagrana przez : Jiríego Machácka, Zuzannę Fialovą, Mariana Dziędziela, Lecha Łotockiego, Marka Litewkę, Roberta Więckiewicza, Jerzego Radziwiłłowicza oraz Macieja Sztuhra. Muzyka Michała Lorenca to wartość sama w sobie!



Zdjęcie pochodzi ze strony :
http://www.stopklatka.pl/film/zdjecie.asp?t1i=1&xi=17443&number=6