LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2009-04-04

Chleb z ricottą


Tym razem do Weekendowej Piekarni zaprosiła nas Atina z Tak sobie pichcę i wybrała szybki, łatwy i smaczny chlebek z ricottą. Bardzo łatwo i przyjemnie się ten chleb zagniatało na stolnicy, ładnie rósł nawet bez koszyka i wzbudził wiele zachwytów blogowych piekarek. Rzeczywiście - bardzo dobry przepis, tyle że chleb przypomina bułkę, o czym warto wiedzieć i ... ma tendencję do znikania tuż po upieczeniu ;) Mój chleb upiekłam częściowo z mąki pełnoziarnistej i pozwoliłam mu nieco dłużej wyrastać (myłam okna!) oraz dłużej się piec. Może dlatego nie wyrósł tak pięknie? Myślę też, że zamiast ricotty można dać tłusty twarożek albo ser na sernik, dobrze zmielony.

Bochenek widoczny na zdjęciu kroiłam jeszcze gorący, więc nie wygląda dobrze w przekroju, ale nie mogłam się powstrzymać... Po wystygnięciu miąższ jest elastyczny, zapewniam! Atino - dziękuję za przepis!

Podaję za Autorką:

Składniki:

  • 100 g wody
  • 40 g mleka 3,2%
  • 5 g drożdży instant
  • 250 g mąki (w przepisie podana jest uniwersalna, ja dodałam połowę pełnoziarnistej)
  • 15 g masła
  • 90 g serka ricotta
  • 5 g soli

* wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową

Wszystkie składniki wymieszać, a następnie przełożyć na omączony blat i wyrabiać przez około 10 minut. Ciasto warto wyrobić ręcznie, całkowicie rezygnując z wyrabiania przy pomocy maszyny. Zagniecione ciasto przełożyć do naoliwionej miski i pozostawić do wyrośnięcia na około 1,5 godziny albo do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto ponownie przełożyć na omączony blat i uformować z niego bochenek o dowolnym kształcie. Następnie przykryć go ściereczką i pozostawić na kolejną godzinę.

Chleb włożyć do piekarnika nagrzanego do 230°C, z parą wodną. Po około minucie zmniejszyć temperaturę do 200°C i piec przez 20-25 minut, aż do momentu, kiedy skórka będzie miała średnio brązowy kolor. Pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego:-)



[weekendowa_piekarnia_baner.jpg]

2009-04-03

Wino truskawkowe

http://img.stopklatka.pl/film/17400/17443/g-6.jpg

- Chcecie iść na Wino truskawkowe? - zapytała koleżanka. - Mam dwa zaproszenia.Wybraliśmy się i tu - olśnienie. Co za film! Musiałam być pełna rezerwy, bo jak tu przenieść na ekran prozę Stasiuka i niczego nie zepsuć? Nie dalej jak kilka dni temu rozmawiałyśmy sobie z Basią (buruuberii) o Stasiuku, Beskidzie Niskim i Opowieściach galicyjskich, o tym, że lubimy bardzo tę prozę i sam Beskid Niski, a tu ktoś kręci film! No i poszliśmy z Mężem, rezygnując z domowego semifreddo, z kolacji przy świecach albo nawet wyjścia do restauracji. To była uczta duchowa, naprawdę.
Obawiałam się przede wszystkim, że metafizyki obecnej w prozie Stasiuka nie da się przenieść na ekran, a jednak - zrobił to sam Andrzej Stasiuk jako autor scenariusza. Wydobył ze swej prozy to co najbardziej filmowe, dopisując nowe wątki i koncentrując je wokół głównego bohatera - policjanta, granego przez pięknego Jiriego Machacka, który wygląda jak... młody Stasiuk. Reżyser powiedział mi po projekcji, że krążą nawet plotki, jakoby obsadził go właśnie dlatego, ale to nieprawda. No nie wiem - pomyślałam, bo wygląd bohatera po prostu przekonuje.

Pamiętam młodego Stasiuka (piękny, demoniczny brunet!) jeszcze przed debiutem, z czasów, kiedy mieszkał w łemkowskiej chałupie w Czarnem, razem z żoną i dziećmi, jakiś czas po wyjeździe z Warszawy. Łemkowska chata pozbawiona prądu, z baterią słoneczną na dachu a nieopodal niej - cerkiewka, której Stasiuk podobno pilnował jako stróż... Nie lubili z żoną turystów, którzy naprzykrzali im się, gapili na lamy, barana i wszelką inną żywinę plączącą się w obejściu, a chałupa stała przy samej drodze, na turystycznym szlaku. My przyjechaliśmy do nich również nieproszeni, służbowym gazikiem, razem z Miśkiem, który prowadził wtedy schronisko w Banicy. Stojąc w drzwiach, rozmawialiśmy chwilę o kotach, a potem piliśmy herbatę i słuchaliśmy gry na bębnach w wykonaniu Słomy (tak przypuszczam) i Stasiuka. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że Stasiuk, zwany wówczas Świnią, wkrótce wyda jedną z najbardziej skandalicznych książek - opowiadania Mury Hebronu, a potem napisze - okrzyknięte przez krytykę jako wydarzenie - Opowieści galicyjskie.

O takich oryginałach, ludziach z przeszłością, opowiada również ten film. Każdy z nich układa sobie w Beskidzie (tak samo jak i w Bieszczadach) życie na nowo, przetrąceni uciekają od swej przeszłości, wybierają dorywczą pracę, bo "taki tu klimat" - jak mówią. Nie każdy zostaje - tak jak Stasiuk - pisarzem, ale ujawniają inne talenty. Upojeni truskawkowym winem bohaterowie o wyglądzie meneli grają na instrumentach, filozofują, wspominają, marzą i zabijają. Scena w knajpie, kiedy mężczyźni grają i tańczą, uwodzeni przez piękną Słowaczkę, Lubicę, stanowi jedną z piękniejszych (choć pięknych tu wiele) i niezwykle namiętnych. A wino truskawkowe - takie przecież nie istnieje (!) - to balsam dla duszy. No i te krajobrazy - widziane o każdej porze roku. Ekipa filmowa o mało nie przegrała w starciu z naturą, ale udało się oddać klimat, nastrój opowiadań Stasiuka i nastrój miejsca (Dukla, Jaśliska). Tak więc współistnieją ze sobą: metafizyka i realizm, magia i humor. Duchy i ludzie z krwi i kości, wrażliwi i nieludzko namiętni. Miłość i śmierć.

No i mrugnięcie okiem do reżysera Stanisława Różewicza, który po obejrzeniu filmu powiedział, że jeden z bohaterów "za mądry jakiś". No to aktor wypowiada w ważnej scenie słowa, których widz nie rozumie i zrzuca winę na fatalną jakość dźwięku w polskim filmie, a tymczasem - słowa te nagrane zostały od tyłu...

Dla nas wszystkich Beskid ze swymi cerkiewkami i PGR-ami, Bieszczady pozbawione autochtonów, zamieszkane przez uciekinierów wszelkiej maści, społecznych wyrzutków, artystów, hipisów - to obszar największej wolności, jakiej w życiu doświadczyliśmy. Ale o tym jeszcze napiszę.

Póki co - film Dariusza Jabłońskiego Wino truskawkowe - to świetnie poprowadzona opowieść o ludziach, duchach i miejscach oraz o tym, co między słowami, koncertowo zagrana przez : Jiríego Machácka, Zuzannę Fialovą, Mariana Dziędziela, Lecha Łotockiego, Marka Litewkę, Roberta Więckiewicza, Jerzego Radziwiłłowicza oraz Macieja Sztuhra. Muzyka Michała Lorenca to wartość sama w sobie!



Zdjęcie pochodzi ze strony :
http://www.stopklatka.pl/film/zdjecie.asp?t1i=1&xi=17443&number=6

2009-04-01

Tiramisu


Tiramisu - jak każdy prosty deser - łatwo według mnie zepsuć. Wystarczy, że alkoholu damy zbyt mało, kawa będzie zbyt słaba, biszkopty za bardzo namoczone albo krem bez wyrazu - i to już nie to, oj nie...
Aga z Zapiecka narobiła smaku mojemu Mężowi swoim tiramisu, więc postanowił je przygotować w ostatnią niedzielę - powiedzmy, że dla gości... Kupiliśmy zatem włoskie biszkopty i mascarpone, choć ja nie lubię serków pozbawionych smaku (przepraszam wszystkich Włochów), ale jeszcze bardziej chyba nie lubię kompromisów kulinarnych ;) Ma być mdłe - niech będzie mdłe!
Moje pierwsze tiramisu wspominam jako prawdziwe niebo w gębie, pamiętam też wielkie zdziwienie, że tak prosty deser jakoś nas dotychczas omijał - to znaczy, że Polacy na coś takiego nie wpadli, mimo że produkuje się w naszej kuchni tony serników na zimno... To pewnie kwestia tego niekwaśnego sera...
Do dziś za to najbardziej smakuje mi tiramisu w restauracji u Włocha na Ochocie, Vera Italia się nazywa (chyba ... bo choć tam bywam raz na jakiś czas, nazwa mi się nie wiedzieć czemu zapomina). Tam podają dwie warstwy biszkoptów i dużo kremu. No i konsystencja nie jest tak gęsta jak w niektórych cukierniach w Warszawie...
Nasze tiramisu otrzymało najbardziej klasyczny wygląd i wykorzystaliśmy chyba najbardziej klasyczny przepis - z mascarpone, żółtkami i pianą z białek. Chłodziło się zamrażalniku, bo dość późno zaczęliśmy je przygotowywać. Kiedyś udało mi się w ten sposób, całkiem przez przypadek, zamrozić moje tiramisu i tak odkryłam doskonałe... semifreddo! To jest dopiero niebo w gębie... Smakuje jak najpyszniejsze lody. Warto było, naprawdę, tak się pomylić. Można zrezygnować z biszkoptów, dodać owoce albo bezy i ... precz z dietami!
Póki co - tiramisu wykonane od początku do końca przez mojego Męża. Domagał się, abym o tym napisała ;)
Składniki:

• 200 g podłużnych biszkoptów do tiramisu (mało, wiem, można dać więcej, tylko po co?)
• 500 g mascarpone
• 4 jajka
• 100 g cukru pudru (domowy, z prawdziwą wanilią)
• 2 filiżanki mocnej kawy, najlepiej espresso
• 50 ml likieru amaretto
• 2 łyżki ciemnego kakao

Żółtka ubić z cukrem i połączyć z mascarpone i ubitą na sztywno pianą z białek, dodać do smaku trochę amaretto. Biszkopty zanurzyć na chwileczkę (sekundy!) w kawie z likierem (następnym razem dodam jeszcze wódki!) i układać w szklanym dość płaskim naczyniu. Przełożyć połową kremu i ułożyć następną warstwę biszkoptów.
W naszej wersji biszkoptów jest naprawdę mało, a i tak wolałabym grubszą warstwę kremu... Na wierzchu znów układamy krem, wyrównujemy łopatką do tortu i - wkładamy do lodówki na kilka godzin ( co najmniej 5) albo do zamrażalnika, żeby masa serowa szybciej zastygła. Przed samym podaniem posypujemy ciemnym kakao. Gotowe. Niektórzy bardzo to lubią :)