LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2011-02-02

Łosoś i pomidorki koktajlowe



Mrożonego łososia mam zawsze w zamrażarce. Takiego porcjowanego i pakowanego firmowo w folii , a kupowanego w sklepach IKEA. Kiedy nie mam czasu albo niespodziewanie zjawią się głodni goście - odcinam porcje łososia, usuwam folię, przyprawiam i zapiekam kawałki ryby pod grillem.  Pięknie się prezentują z pomidorkami koktajlowymi, skropione oliwą i podane na sałacie wymieszanej z musztardowym winegretem. Ryż do tego też pasuje, jeśli obawiamy się głodu. Ale siła tego dania tkwi w jego prostocie. Jeśli nie brakuje mi składników, podaję do takiego łososia jeszcze zimny  sos jogurtowy. Też pycha!
Nawet trudno tu o szczegółowy przepis, bo prościej się nie da. Ale można to zrobić tak:

Składniki:
  • 2 porcje łososia
  • pieprz cytrynowy
  • sól
  • ulubiony olej lub oliwa
  • 2 gałązki pomidorków koktajlowych 
  • odrobina octu balsamicznego
  • cząstki cytryny do przybrania
oraz:
  • sałata mieszana
  • dressing z oleju, octu, musztardy, soli i pieprzu
 Łososia nacieram pieprzem cytrynowym, solą morską, skrapiam octem balsamicznym i olejem. Na wierzchu układam pomidorki koktajlowe, które również skrapiam olejem i odrobinę solę, całość zapiekam pod grillem około 10 - 15 minut w temperaturze 200 stopni. Długość pieczenia zależy od stopnia rozmrożenia  i wielkości porcji ryby, i od indywidualnych upodobań. Ostatnio poczęstowałam takim daniem KUCHARZA. On by piekł takiego łososia znacznie krócej, aby ryba pozostała w środku szklista. Przyznam, że tego nie lubię i w tym miejscu lekceważę nieco sztukę kulinarną. Na surowo to ja wolę łososia w sushi ;) Układam więc rybę na sałacie wymieszanej z dressingiem i - gotowe. Można  gotowe porcje  skropić  jeszcze doskonałą oliwą. Prawdziwy kucharz by tak zrobił. Mnie wystarczy gruba sól w płatkach albo odrobina jogurtowego sosu z cytryną.

2011-01-27

Baba au rhum, czyli baba w słoju...

 Mam, wreszcie mam,  upragnioną baba au rhum, czyli babkę w rumie, w formie babeczek-grzybków zanurzonych w szklanym słoju!  Słój pełen babek. Piękne! Odkąd zobaczyłam je w cukierni Consonni przy Szpitalnej w Krakowie, nie zaznałam spokoju. I nie chodziło mi o popularną babę savarin w kształcie wieńca, tylko właśnie o te nasiąknięte rumem, wyrośnięte korki od szampana! Takie same albo piękniejsze, bo  cudownie piękne w swojej prostocie, zobaczyłam na francuskim blogu  Un Dejeuner de Soleil oraz na włoskim blogu u   Adriano i - przepadłam! Lekkie jak puch, opuchnięte od rumu - takie są te babeczki. Zdaje się, że właśnie w takim kształcie sprzedaje się je w cukierniach francuskich i włoskich*.  Ale miło pamiętać, że babkę w rumie wymyślił cukiernik króla Stanisława Leszczyńskiego, bo królowi polskie baby drożdżowe wydawały się za suche!  I tak ciasto zrobiło karierę międzynarodową, a Wikipedia tłumaczy na angielski znaczenie polskiego słowa baba...
Przepis. który prezentuję,  jest prosty, choć warto mieć dobrego robota, bo ciasto pozostaje długo rzadkie i delikatne. Nie sprawiło mi żadnych kłopotów, po wyrobieniu w mikserze łatwo dało się złożyć na blacie.  Polecam Wam serdecznie tę wersję babki -  ciasto chłonie syrop rumowy jak gąbka i świetnie się przechowuje w słoju, puchnie, nasiąka, ale się nie rozpada  :) Poza słojem babeczki trochę wysychają  i wymagają ponownego nasączenia. Autorzy przepisu radzą   umieścić je w syropie na całą noc, w cukierni widziałam, jak sobie stały w słoju  na ladzie - jak  - nie przymierzając  - kiszone  ogórki. - Nie rozmiękną? - zapytałam. - Nic a nic - usłyszałam w odpowiedzi.
Oto przepis, inspirowany przepisami i wskazówkami z blogów, do których linki podałam wcześniej:
  • 350 g mąki (najlepiej o dużej zawartości glutenu)
  • 20 g drożdży
  • 4-5 jaj (250 g)
  • 80 g masła
  • 3 łyżki cukru
  • szczypta soli
  • 30 g wody
 Zaczyn: Drożdże wymieszać z wodą i 1 łyżką cukru, pozostawić na 20 minut do wyrośnięcia. W tym czasie oddzielić białka od żółtek i ubić najpierw same białka  w mikserze, dodając po chwili tyle mąki, żeby powstało rzadkie ciasto. Ciasto odstawić na 30 minut (darowałam sobie) i dodawać po kolei resztę składników - zaczyn,  potem  kolejno po jednym żółtku na przemian z łyżką mąki, cukier i sól , a potem miękkie masło. Dalej wyrabiać już hakiem, aż ciasto zacznie odstawać od ścianek naczynia i stanie się elastyczne. Można wykonać test szyby, ale po 15 minutach powinno być gotowe. Dla pewności złożyć ciasto na blacie kilkakrotnie i odstawić do wyrośnięcia  - do potrojenia objętości. Ja w połowie wyrastania odgazowałam ciasto i złożyłam je w kwadrat. Następnie uformowałam 12 małych kulek i 6 dużych  (bo zabrakło mi papierowych tutek  zrobionych przez Męża), pozwoliłam wszystkim  ładnie wyrosnąć ponad foremki i  piekłam babeczki w temperaturze 180 stopni przez 20 minut. Lepiej żeby babeczki były naprawdę niewielkie (8-10 cm wysokości), bo  potem mocno napuchną ;)


Syrop:
  • 50 dkg cukru
  • 1,5 litra wody
  • 150 ml rumu (można dać więcej)
  • skórka otarta z cytryny i trochę świeżo  wyciśniętego soku dla zrównoważenia smaku
Wszystkie składniki zagotować w rondlu  i wyłączyć gaz. Można dodać jeszcze trochę alkoholu do smaku. Ciepłe babeczki zanurzyć i potrzymać chwilę w gorącym syropie albo - postąpić  jak ja - część z nich ułożyć  ciasno  w  słoju i zalać syropem. Opadną na dno dopiero po solidnym nasączeniu.  Ostudzić i ochłodzić w lodówce. Podawać polane rumem (powinny mieć wyraźnie alkoholowy smak!), w towarzystwie  świeżych  owoców albo sosu czekoladowego lub bitej śmietany.

Albo bez dodatków. Mnie szczególnie dobrze smakują babeczki podane z wiśniami z syropu. Niebo w gębie!
 Tu możecie poczytać o neapolitańskiej babie z rumem.


2011-01-24

Inwazja meduz albo zupa pho

Czy zdarzyła Wam  się kiedyś  inwazja meduz? Ugotowałyście/ugotowaliście zupę, której Wam codzienne przybywało? A może macie pułk wojska do wykarmienia albo dorastającą i wszystkożerną  młódź w domu?  Jeśli tak - polecam niewinną z pozoru azjatycką zupę z makaronem sojowym. W oryginale należy użyć makaronu ryżowego, ale my woleliśmy szerokie sojowe wstążki. 

Zaczęło się niewinnie: wstawiłam na gaz bulion z kurczaka i zajęłam się przygotowywaniem pozostałych składników i po kilku minutach rozgrzewająca zupa z imbirem, grzybami shitake, płatkami kurczaka i świeżą kolendrą była gotowa. Makaron wprawdzie był dość śliski, nie tak jak ryżowy w wietnamskich knajpkach, ale jedliśmy ze smakiem, resztę zupy zostawiając na następny dzień. Następnego dnia miałam garnek pełen meduz, bo makaron napęczniał i wchłonął bulion. Niezrażona, wyjęłam kostkę rosołową (podobno ich nie używam, hm... ),  dolałam wrzątku, dodałam pozostałe grzyby i pęczek dymki. Zupa była lepsza niż pierwszego dnia, bo makaron zmiękł. Resztę zostawiłam na potem. Trzeciego  dnia znów miałam garnek pełen meduz! Wyjęłam więc kostkę rosołową...itd.  

Tak, naprawdę tak było! Postanowiłam dodać  trochę mięsa - tym razem były to płatki wołowiny, bo w zupie przeważał makaron... i pokroiłam kolejny pęczek dymki oraz dosypałam - dla odmiany - przyprawy pięciu smaków. Smakowało! Czwartego dnia - jęknęłam  na widok gara pełnego meduz,  szybko dolałam wywaru, wlałam zupę do słoików i zdecydowałam obdarować nią zdrowych i chorych członków rodziny. Niech teraz oni  męczą się   z meduzami!
A wszystko przez głupi pomysł dodania ugotowanego makaronu do garnka z rosołem. Nie mogliśmy zrobić inaczej, bo z rozpędu ugotowałam całą paczkę, a przechować takiego makaronu w osobnej misce nie można...
A prawdziwą zupę pho z makaronem ryżowym można zjeść w wielu warszawskich knajpkach (na Chmielnej, na placu Konstytucji, na Polnej).  Do niedawna była legendą Stadionu Dziesięciolecia. Można spróbować jej różnych wersji - z gotowaną wołowiną, z surową wołowiną zalewaną wrzącym wywarem wołowym, z kurczakiem... Grzyby shitake sama sobie wymyśliłam, jak sądzę. Zapraszam na moją wersję zupy:

Wietnamska zupa pho

Składniki:
  • 1 1/2 litra długo gotowanego z cynamonem i anyżem wołowego rosołu (albo dobry bulion doprawiony tymi przyprawami lub  przyprawą pięciu smaków)
  • papryczka chili
  • ząbek czosnku
  • kawałek imbiru
  • sos sojowy
  • sos rybny (niekoniecznie)
  • 1/2 paczki  surowych grzybów shitake
  • makaron ryżowy wstążki ugotowany osobno (u mnie nieszczęsny sojowy)
  • pęczek kolendry
  • pęczek dymki
  • kiełki fasoli mun
  • limonka
  • sól, pieprz
  • pierś z kurczaka albo dobra wołowina pokrojona w płatki
Jeśli mamy gotowy wywar lub bulion wołowy, wrzucamy do niego pokrojone grzyby shitake, ząbek czosnku, pokrojoną chili, starty na tarce imbir, 2 łyżki sosu sojowego, laskę cynamonu i gwiazdkę anyżu (albo trochę przyprawy 5 smaków), sól, pieprz i gotujemy przez chwilę. W tym czasie siekamy kolendrę, dymkę, kroimy w płatki mięso, gotujemy makaron ryżowy albo sojowy i podajemy zupę na jeden ze sposobów: 

1. W misce umieszczamy porcje ugotowanego makaronu, kiełki, surowe płatki mięsa, zalewamy wszystko wrzącym (!) rosołem, posypujemy kolendrą i doprawiamy limonką.
2. Do wrzącego rosołu wkładamy na chwilkę  płatki mięsa, makaron i rozlewamy zupę do misek, doprawiając kolendrą albo dymką i sokiem z limonki. I niech Wam makaron nie puchnie w zupie, chyba że chcecie mieć niekończącą się opowieść...
Robienie zdjęć też nie przyszło mi łatwo, ponieważ w każdy kadr wciskała się w ostatniej chwili  jakaś część kota: