LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2011-09-13

Czerwień papryki i bułgarska sałatka

W sierpniu i we wrześniu przygotowuję prostą bułgarską sałatkę z opiekanej  papryki. Kolor energetyzujący (uwielbiam!),  a czosnek zabija bakterie (wiadomość dla  walczących z długim przeziębieniem). Wrzesień zaczął się u mnie katarem i - póki co - nic się nie zmieniło. Zdążyłam w tym czasie pojechać na kilka dni do Lwowa i na Huculszczyznę, pójść na krótki spacer w góry, potem postać kilka godzin na granicy, wrócić  do pracy po kilkunastu godzinach podróży,  a choróbsko nadal  trzyma! Zacznę chyba pożerać czosnek w ilościach hurtowych!

 Ale sałatkę polecam również wszystkim zdrowym - dla jej cudownego smaku i koloru. Warto mieć jednak w domu dobrą oliwę z pierwszego tłoczenia, bo w tak prostych przepisach smak składników odgrywa kluczową rolę. Papryka powinna być mięsista, niekoniecznie bułgarska, bo takiej u nas prawie nie ma, może być duża czerwona   albo pomidorowa. Bułgarzy opiekają swoje papryki w całości i podają polane oliwą oraz skropione octem. Nie bawią się w przygotowywanie sosów, bo i po co - i tak jest pysznie. 
 Można upiec kilka kilogramów papryki, z części zrobić peperonatę, leczo i sałatkę albo samą sałatkę i resztę zamknąć w słoikach.  Albo przygotować niewielką porcję - jak ja.


Składniki:
  • 5 czerwonych papryk
  • oliwa extra vergine
  • 1- 2 ząbki czosnku
  • ocet winny
  • sól, świeżo zmielony pieprz
Papryki należy przekroić na pół i usunąć gniazda nasienne, następnie ułożyć je na blasze wyłożonej pergaminem i opiec pod grillem w temperaturze 220 stopni przez 20 - 25 minut, aż się porządnie przypieką. Potem trzeba zdjąć je z blachy, umieścić w torbie foliowej i poczekać, aż ostygną. Następnie zdjąć skórkę, pokroić w grube paski, ułożyć na talerzu, posypać pokrojonym czosnkiem, polać oliwą, skropić octem, doprawić solą i pieprzem.  Schłodzić przed podaniem. Zagryźć pietruszką dla zabicia smaku czosnku. Albo niczym się nie przejmować i już. 
Można jeszcze sałatkę posypać bazylią albo tymiankiem, a ocet winny zastąpić octem balsamicznym i  -  jesteśmy na wakacjach, a katar mamy w nosie. Nadal.

2011-09-03

Czekoladowe ciasto truflowe


Czy torty muszą być wysokie? A w ogóle -  czy muszą być pracochłonne? I czy muszą być piękne? No dobrze: piękne być powinny, choć niektórzy twierdzą, że ważniejszy jest smak... Tym razem zapraszam jednak  na  coś prostszego -  czekoladowe ciasto truflowe, inspirowane przepisem   Michela Rouxa, od którego  zaczerpnęłam pomysł na krem (taki czekoladowo-śmietanowy mus, przypominający ganache). Ciasto mistrza prezentuje się pięknie: jest równe i gładkie jak blat stołu... Moje to amatorskie ciasto domowe, ale - zapewniam -  niezwykle smaczne! Bardzo czekoladowe i łatwe do upieczenia. Pyszne ze świeżymi owocami, które równoważą ciężki smak czekoladowej masy. Biszkopt znów upiekłam według sprawdzonego przepisu, ale zmniejszyłam proporcje, by uzyskać niewysoki spód.

Składniki:

/Biszkopt kakaowy/
  • 3 średnie jaja
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/4 szklanki mąki
  • 1/4 szklanki kakao

 Dno tortownicy wyłożyłam papierem do pieczenia i zapięłam obręcz - tak żeby nadmiar papieru pozostał na zewnątrz. (Boków tortu nie należy smarować tłuszczem, bo nie dodajemy proszku do pieczenia! ). Następnie nastawiłam piekarnik na 170 stopni i zajęłam się ciastem. Połączyłam mąkę i kakao i  przesiałam  dwukrotnie. Oddzieliłam białka od żółtek i ubijałam białka w mikserze około 2 minut, potem powoli dodawałam cukier, następnie po jednym żółtku, cały czas ubijając masę. Do ubitej masy dodałam mąkę w trzech porcjach i każdą porcję wymieszałam z masą jajeczną za pomocą szpatułki. Ciasto wlałam do tortownicy i piekłam około 20 minut - do suchego patyczka. Gorące ciasto energicznie upuściłam na  blat  i pozwoliłam mu ostygnąć.


Krem:
  • 300 g gorzkiej czekolady (70 % )
  • 300 g śmietany kremówki
  • 2 - 3  łyżki cukru pudru
  • 2 łyżki koniaku lub wiśniówki
Kiedy biszkopt się piekł i studził, roztopiłam pokruszoną czekoladę w misce, którą ustawiłam na garnku z gorącą wodą. Czekolady nie mieszałam, by mogła roztapiać się powoli na płynną masę. Wymieszałam ją szpatułką dopiero po rozpuszczeniu i odstawiłam do ostygnięcia, ale pilnowałam, by nie ostygła poniżej 25 stopni.   Ubiłam śmietanę kremówkę z cukrem waniliowym  i połączyłam ją z czekoladą,  którą dodałam do śmietany  w dwóch porcjach. Masę delikatnie, ale dokładnie wymieszałam, wlewając koniak do smaku.

Ostudzony biszkopt  odwróciłam, usunęłam papier i ułożyłam  ciasto na talerzu. Pokropiłam je koniakiem, potem założyłam obręcz od tortownicy i nałożyłam czekoladowy mus równą warstwą. Wygładziłam również boki ciasta i wstawiłam je do lodówki na kilka godzin. Przed podaniem posypałam ciasto kakao i ozdobiłam owocami. Smakowało! Jeszcze lepsze jest następnego dnia, kiedy ładnie stężeje. Wtedy też lepiej się kroi i piękniej wygląda, ale ja  - jak zwykle - piekłam ciasto w ostatniej chwili. Na imieniny Siostry :)



2011-08-24

Z tęsknoty za Tel Awiwem. Hummus

 Zatęskniłam za Tel Awiwem tak bardzo, że na fali wspomnień przygotowałam hummus, falafle/falafele? i upiekłam pity. Nie pomogło. Musiałam jeszcze posłuchać muzyki i obejrzeć zdjęcia. Najbardziej mi brak ciągnących się kilometrami plaż Tel Awiwu:

 Plaż, które zimą były dość puste, bo woda o temperaturze 21 stopni okazuje się dla Izraelczyków za zimna... Brak mi też  architektury miasta (Bauhaus!), jego knajpek i ludzi. A ludzi można spotkać tam naprawdę różnych. Żadne slogany nie oddadzą tego  klimatu różnorodności, rozmów po polsku, rosyjsku, angielsku. I gardłowej  hebrajszczyzny wspieranej silną gestykulacją. Tu   możecie przeczytać więcej o samym mieście.
Kiedy zaczęła się izraelska zima, morze wyglądało tak:

Spotkanie z miastem zaczęłam zaczęłam jednak w pogodny dzień od spaceru nad morzem, potem był hummus w Jaffie. Starożytna Jaffa jest już dziś niemal  częścią młodego Tel Awiwu i  to do niej chodzi się lub jeździ na hummus czy  falafel do arabskich knajpek. Odnowiona najstarsza część Jaffy pełna jest takich zakamarków:

 Na hummus jeździ się jednak do tej  zaniedbanej, ale za to bardziej autentycznej części miasta. Chciałam zrobić zdjęcie knajpki, w której jadłyśmy pyszny hummus, ale Liora powiedziała: " zostaw, jeszcze niejedno takie miejsce przed Tobą..." Wiedziała, o czym mówi, ale hummus podany z duszonymi pieczarkami w oliwie pozostanie w mojej pamięci. Pyszny był - zimna pasta i ciepłe pieczarki w oliwie to zaskakująco dobre połączenie!
Potem jadałyśmy hummus codziennie, a może nawet i dwa razy dziennie - począwszy od śniadania (bo hummus podaje się w Izraelu na śniadanie, więc był i na naszym szwedzkim stole w hotelu), po kolację w oazie na pustyni. Nic dziwnego, że po tygodniu miałam dość! Liora mówiła: "dajcie spokój - to przecież fast food". Miała nadzieję, że damy się wyciągnąć na sushi albo do jakiejś włoskiej czy francuskiej restauracji. Wybierałyśmy kuchnię wschodnią i śródziemnomorską. Sushi mamy w Warszawie...

Basia pisała, że ciecierzycę na  hummus należy moczyć w wodzie z dodatkiem sody, sodę dodaje się też do gotowania, by przyspieszyć sam proces gotowania i zmiękczyć ziarna cieciorki. Zaopatrzyłam się w arabskim sklepiku w produkty i ugotowałam. Oto mój hummus:

Składniki:
  • 1 szklanka suchej ciecierzycy
  • 2 łyżki sody
  • 1/2 szklanki pasty tahini
  • sok z 1 cytryny
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • sól
  • oliwa

 Cieciorkę wypłukałam kilkakrotnie i namoczyłam -  jak fasolę -  w misce z dużą ilością wody i 1 łyżką sody. Po 12 godzinach nadawała się już do gotowania. Wypłukałam ją ponownie, dodałam kolejną łyżkę sody  i gotowałam ciecierzycę do miękkości  - około 1,5 godziny. Po ugotowaniu odcedziłam, ale zachowałam wodę i zmiksowałam na puree, dodając trochę płynu (myślę, że  łatwiej byłoby użyć elektrycznej maszynki do mielenia...) Dodałam pastę tahini (Izraelczycy mówią: thina), sok z cytryny, rozgnieciony czosnek, znów trochę płynu od gotowania i przyprawy - i miksowałam aż  do uzyskania gładkiej i aksamitnej masy. Małka Kafka z restauracji Tel-Aviv twierdzi, że są dwie szkoły przygotowywania hummusu - na  mniej lub  bardzie aksamitną pastę. Ja wolę tę drugą... Podałam hummus z pyszną oliwą z pierwszego tłoczenia i z papryką, którą kupiłam na bazarze Karmel w dzielnicy jemeńskiej Tel Awiwu.  Trudno zapomnieć te widoki:


Hummus jedliśmy z domową pittą, bo tych gotowych naprawdę szczerze nie lubię. A pitty piekłam z tego podstawowego przepisu. Polecam!

Składniki:
  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka wody
  • 1,5 g drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżki oliwy
Mąkę przesiałam z solą. Drożdże rozpuściłam w wodzie, wymieszałam z cukrem, odrobiną mąki i odstawiłam na 15 minut. Do wyrośniętego zaczynu dodałam mąkę, wodę i oliwę i wyrabiałam ciasto w mikserze przez 5 minut albo trochę dłużej. Powinno być miękkie i elastyczne. Następnie  oprószyłam je mąką, przykryłam folią i odstawiłam  do wyrośnięcia w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (około 1 godziny). Po wyrośnięciu  wyłożyłam  ciasto na stolnicę, ponownie krótko wyrobiłam, by pozbyć się nadmiaru powietrza i  podzieliłam na 8 równych części.  Każdą kulkę ciasta rozwałkowałam na okrągłe placki o średnicy ok. 15 cm i grubości ok. 5 -8  mm. Ułożyłam na posypanej mąką stolnicy,  przykryłam i pozostawiłam do wyrośnięcia na 20 minut. W międzyczasie nagrzałam piekarnik razem z blaszką do 230 st. C. Ułożyłam wyrośnięte chlebki na blasze i piekłam, aż napuchły - trwało to około 8 minut. Pity nie muszą się zarumienić, ale są ładniejsze i mnie takie bardziej smakują. Było pysznie, lecz tęsknota nie minęła...


Jeśli chcecie poczytać, co pisze prof. Hartman o Izraelu (warto!), zajrzyjcie tu: