LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2008-12-04

Zaczarowany Kraków

Kraków tym razem był naprawdę zaczarowany. Nie miałam złudzeń co do tego skansenu, zwłaszcza że pojechałam "służbowo" i znów musiałam prowadzić innych na Wawel, odwiedzać muzea i synagogi na chwilę przed szabatem. Zdarzały się jednak chwile magiczne, takie jak ta w restauracji Pod Aniołami, w cieplutkim patio w otoczeniu roślin i przyzwoitą golonką(!) na talerzu albo ta na Rynku, kiedy zapadał zmierzch, a wszystkie oczy i uszy nastawione były na atrakcje świątecznego jarmarku i tylko ja przemknęłam mimo, zdążywszy jeszcze pstryknąć byle jakim aparatem ("telefonicznym") zdjęcie dorożki. Pustej, naturalnie, bo zaczarowanej...

Nie była to kulinarna wyprawa, ale w Krakowie da się zjeść w zimny listopadowy dzień - i to w miarę szybko - rozgrzewającą kwaśnicę czy przyzwoite pierogi (Chłopskie Jadło) albo pieczeń z karkówki (np.w knajpie U Ździcha). No, można też popróbować najdroższej w mieście (niestety) golonki w piwie, siedząc w patio Pod Aniołami. Najbardziej cieszyła mnie jednak herbata z miodem albo konfiturami, a sił do dalszego zwiedzania dodał świetny tort pralinowy w przemiłej kawiarni pachnącej czekoladą (hm... nie pamiętam nazwy, gdzieś nieopodał Rynku, oczywiście).
Tym razem było miło...

3 komentarze:

Komarka pisze...

Zazdroszczę podróży do zaczarowanego Krakowa :) Dla mnie Kraków zawsze jest zaczarowany (lub czarowny :)) i mogłabym tam jeździć co tydzień, ale niestety mieszkam dokładnie na przeciwległym krańcu kraju. A w takie zimne i mroczne jesienne dni najbardziej marzę o gorącej wiśniówce w Cafe Camelot :)

majana pisze...

Kocham Kraków, jest cudowny! :)

An-na pisze...

Ja Kraków kocham już trochę mniej, ale chętnie odkryję w nim jakieś nowe miejsca. Tym razem starałam się nie odwiedzać tych samych co ostanio, więc Camelot ominęłam. Ale Wawel ponury jak zawsze...