LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2009-08-12

Sery, wino, fondue i garść wspomnień


Trzeba mieć swój pomysł na miasto, tym bardziej trzeba mieć jakiś pomysł na zwiedzanie kraju. Justyna i Tomek podróżowali śladami Rilkego, wybrali się na cmentarz, by odnaleźć grób Joyce'a; Tomek na różnych kartkach robił notatki do przyszłych wierszy i wcale nie reagował na nasze uwagi, że do tego najlepszy notes Moleskine... Piotr robił zdjęcia, Isabelle prowadziła i woziła nas w różne miejsca, przygotowana na wszystko, zaplanowała trasy jak prawdziwa Szwajcarka (tak o sobie mówiła) - kupiła nam nawet tanie bilety podróżne, byśmy mogli robić całodniowe wycieczki po niewielkiej Szwajcarii, jeździć pociągami, trolejbusami, kolejkami, pływać statkami spacerowymi po jeziorach. Justyna w podróży (Jezu, te szwajcarskie pociągi z mini salonikiem przy wejściu!) czytała o innych podróżach i mówiła, że to ciekawe doświadczenie móc skonfrontować sobie "Dojczland" Stasiuka z własnym doświadczeniem obcości/inności.

Ja - chciałam smakować Szwajcarię, poczuć klimat każdego z odwiedzanych kantonów, posiedzieć w knajpkach, zwiedzać kościoły i muzea. Polskie ślady właściwie sobie darowałam, choć musiałam zobaczyć słynne witraże Mehoffera we Fryburgu. Warto było! Poniżej święta Katarzyna:


Uparłam się przy sztuce XX wieku i musiałam zobaczyć obrazy Paula Klee, Kandinsky'ego i Chagalla, dlatego w Lucernie spędziliśmy kilka godzin w galerii Rosengart, a z Kunsthaus w Zurychu to mi się nie chciało wychodzić. Nie będę pisać, co czuję do dziś z tego powodu, że w Bernie nie zobaczyliśmy Centrum Paula Klee, bo był poniedziałek i wiadomo -  muzea kiedyś muszą być nieczynne. Zresztą, w Bernie byliśmy tylko kilka godzin.

Chłodziliśmy się przy fontannach - miałam wrażenie, że fontanny Zurychu i Fryburga ratują mi jeśli nie życie to przynajmniej zdrowie... Całe szczęście, że Szwajcarzy wielbią fontanny i że można pić z nich wodę, a w betonowych misach wypełnionych wodą chłodzić dłonie.

Chłodziły nas też kościoły, zwłaszcza katolickie, bo w protestanckich nie było tego przyjemnego odczucia chłodu, co wiemy z Zurychu. Ale za to jakie witraże Chagalla zdobią Fraumunster!


Ale miało być o serach i o winie. Wino skwituję uwagą, że piliśmy francuskie i szwajcarskie - i wszystkie nam smakowały - wypijane na pikniku czy w domu do kolacji. Nie ma znaczenia... Sery zaś zasługują na osobnego posta, ale co ja się będę wymądrzać, poczytajcie o serach u Bei . Uparłam się, by spróbować Belper Knolle, o której pisała Bea, ale w sklepach, w których jej szukałam, nie udało mi się kupić. Schade. Innym razem. Kupiłam za to Tête de Moine, czyli Głowę Mnicha, tyle że od razu w rozetkach, więc cała przyjemność krojenia tego sera specjalnym przyrządem odpadła. Ale jadłam i smakował!

A poza tym - codziennie (dwa razy dziennie) jedliśmy sery Gruyère i Vacherin Friborgoois (chyba ulubiony ser Izy) we Fryburgu ponadto pyszny Mont Vully, o pomarańczowo-czerwonej skórce, dlatego że ser ten moczy się w winie pinot noir. Do domu kupiłam ponadto słynny Appenzeller oraz... Tylsiter, dla porównania z naszym tylżyckim. Nie ma porównania. Więcej nie pamiętam, a to nie wszystkie, bo przecież jedliśmy jeszcze sery miękkie z pleśnią. Ech! Smakowanie serów jeszcze przede mną, na razie wszystkie mnie zachwycają, bo są po prostu dobre. Ale najchętniej jadałam Gruyère i Mont Vully.


Isabelle pożegnała nas kolacją w stylu szwajcarskim, czyli fondue. Dla miłośników sera to była prawdziwa atrakcja (trzeba było widzieć, jak łapczywie pożerali kawałki bułki lub gotowanych ziemniaków, maczane w rozpuszczonym serze), ja stanowczo wolę raclette, a fondue wybieram mięsne ;)

Iza swoje fondue robiła tak: postawiła na kuchence garnek natarty ząbkiem czosnku, wlała do niego około szklanki białego wina i zagotowała je, dodała  50 dkg startego sera (przygotowana w sklepie mieszanka gruyere'a i vacherina) i mieszała całość do rozpuszczenia sera, po czym zagęściła masę łyżką skrobi kukurydzianej (nie ziemniaczanej, bo niedobra) i mieszała aż do zagotowania, wykonując ósemki łyżką drewnianą. Doprawiła fondue zmiażdżonym czosnkiem i pieprzem. Garnek ustawiła na stole na podgrzewaczu i zaprosiła gości. Jedliśmy fondue z białym chlebem pokrojonym w kostkę lub z ugotowanymi ziemniakami. Do tego pyszne konserwowe ogórki i oliwki. Oraz białe wino. Uwaga: fondue trzeba koniecznie raz na jakiś czas zamieszać nadzianym na szpikulec chlebem, by się nie przypalało.

Patrzyłam ze zgrozą, kiedy Iza poszła przygotować drugą porcję, bo garnek nie pomieściłby kilograma sera...

12 komentarzy:

MariaPar pisze...

Pyszny zestawik ! Ślinka leci. Pozdrawiam. O Jezu, jak leci...

Magoda pisze...

Tego Chagalla to Ci An-no zazdroszczę!
O serach nie wspomnę bo mnie skręca.
Pozdrawiam!!!

Tilianara pisze...

Anno, jak ja Ci zazdroszczę takiego podróżowania - to co zobaczyłaś, co poznałaś, co zjadłaś :) Wspaniałe wspomnienia :)

Tilianara pisze...

Aniu, a tak w ogóle to ręce do góry ;p Ustrzeliłam Cię i wyróżniłam zarazem :) Zajrzyj dziś do mnie, a potem skrobnij coś o sobie :)
Buziaczki :*

Ori pisze...

Fondue to nieludzka potrawa dla mnie:-)po co roztapiac te biedne cudne sery? Tę skondensowaną niebiańskość? A co do podróżowania - mają tam piękne domy i stodoły 300-letnie, za którymi tęsknię!:-)

blog niedzielny pisze...

podroze ksztalca,a sery pychotka,ze juz nie wspomne o fondue,ogladajac twoje fotki odrazu czlowiek robi sie glodny :-)

Polka pisze...

Anno Twoje wspomnienia są tak lekkie ale jednocześnie pełne wrażeń! Oj jak ja lubię jak Ty tak piszesz!
Ściskam :*

An-na pisze...

MariaPar, Magodo, Tili - macie rację - to sery to smaczne wspomnienia :)

Tili - dziękuję bardzo za "ustrzelenie" i wyróżnienie" :)

Ori - no właśnie - szkoda serów, chyba że chodzi o resztki, bo taka była pierwotnie idea fondue...

Blog niedzielny - dziękuję, kształcą, rzzeczywiście...

Polko - cieszę się :)

Bea pisze...

Anno, piekne wakacyjne wspomnienia! Nie tylko te kulinarne :)
A co do serow, to i ja Mont Vully bardzo lubie, ale ja sie nie powinnam wypowiadac, ja naprawde chyba wszystkie je lubie ;)
I tak jak Ty wole raclette od fondue, a sama fondue najlepsza jest u tesciow ;)
Jesli lubisz pomidory, to nastepnym razem sprobuj pomidorowego fondue, mnie bardzo przypadlo do gustu :)

Bilety o ktorych wspominasz w poscie, to wg mnie swietny pomysl! Kupowalam je tez dla mojej rodziny i odwiedzajacych gosci i byla to naprawde swietna sprawa.

Pozdrawiam serdecznie!

An-na pisze...

O, Beo, trafiłaś tu! Właśnie sobie o Tobie myślałam, pisząc tego posta :)

A fondue pomidorowe? Taki sos pomidorowy na gorąco, w którym się macza chleb? Warto spróbować!

Bea pisze...

Przepraszam Anno, ze napisalam dopiero teraz :/

Hmmm... Nie wiem czy mozna nazwac to sosem pomidorowym na goraco ;) Sera jest tam bowiem tyle samo co w tradycyjnym fondue; i podaje sie z ziemniakami zamiast z chlebem, jak dla mnie rewelacja :)

An-na pisze...

Tak myślałam, że to jednak musi być z serem ;)
Dziękuję!