LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2009-08-01

A w Szwajcarii... Odsłona druga

W Zurychu zaskoczyło mnie rześkie powietrze. Było świeżo, orzeźwiająco i łagodnie ciepło. Przez pierwsze dwa dni czułam się jak w raju. Potem było już gorąco... Rano otworzyłam okiennice w mieszkaniu Isabelle i Daniela i ujrzałam taki widok:


Piłam kawę z widokiem na Alpy... Jadłam śniadanie z widokiem na Alpy... Taaak, Zurych to świetne miejsce do życia. Łagodny, nieśpieszny rytm miasta, które jest wystarczająco duże, by wiele się działo (jest w końcu nieformalną stolicą Szwajcarii) i jednocześnie nieduże, jakby obliczone na ludzki wymiar, ze swoimi niewysokimi domami, świetną komunikacją, jeziorem i rzeką. Rano niektórzy wychodzą z ręcznikiem nad rzekę popływać sobie przed śniadaniem... Inni wylegują się w parkach albo siedzą nad wodą, bo rzeka i jezioro o niezwykle przejrzystej wodzie są integralną częścią miasta...

Lubiłam codzienne spacery nad rzeką Limmat, podziwiałam spokój siedzących na murkach mieszkańców, którzy rano pili kawę, a wieczorem - piwo lub wino, urządzali sobie pikniki albo kąpiele. Taka przyjemna letnia nuda i taka niedostępna w Warszawie codzienność... My też spacerowaliśmy wieczorem nad rzeką i nad jeziorem, a jakże, i, popijając piwo, patrzyliśmy na oświetloną wodę...

Ale wcześniej oglądaliśmy miasto z góry i urządziliśmy sobie piknik (sery, owoce, czekolada i bagietka) na Uetliberg - wzgórzu, z którego można podziwiać panoramę miasta z długim Zurichsee - Jeziorem Zuryskim. Myślę, że, za sprawą Isabelle, Szwajcaria będzie mi się odtąd kojarzyła z piknikami na wzgórzach...


Byliśmy też na przeciwległym, dużo niższym wzgórzu, na którym znajdują się budynki Uniwersytetu i słynnej Politechniki, a widok na miasto rozciągał się stamtąd taki:

Potem mogliśmy jeszcze podziwiać - między innymi - oleandry na wyludnionej w niedzielę Bahnhof-Strasse, zastawionej kolorowymi donicami:


Nie wiem czemu, ale urzekł mnie szczególnie ten motyw:

Nasz pobyt w Szwajcarii był dość intensywny, byliśmy nie tylko w niemieckojęzycznej części Szwajcarii (Zurych, Lucerna), ale i w części francuskiej (Fryburg) i włoskiej (Lugano). Każda jest naprawdę inna, co widać (hm... nie wiem, na czym to polega) choćby w kawiarniach i restauracjach. Chodzi mi o subtelne różnice dające się dostrzec w zachowaniu kelnerów, ale i samych klientów...

Wiele czasu spędziliśmy w najwygodniejszych i najcichszych pociągach Europy, w których pracują konduktorzy poligloci i kelnerzy o niezwykłym poczuciu humoru. To zaskakujące, ale stereotyp uśmiechniętego i bardzo dobrze wychowanego Szwajcara potwierdzał się na każdym kroku. Nie widziałam nigdzie nabzdyczonych ekspedientek, obrażonych podróżnych ani "mających za złe" tetryków. U nas nawet zakup gazety jest czynnością polityczną (sama się obraziłam, kiedy pani w kiosku zamiast "Wyborczej", której zabrakło, zaproponowała mi "Nasz Dziennik"), tam, czyli w Zurychu, czyta się, jak sądzę, "Neue Zurische Zeitung", a tematem, na który Szwajcarzy są wyczuleni jest raczej język i autonomia kantonu...

Niemieckojęzyczna Isabelle studiowała we Fryburgu slawistykę, a zajęcia odbywały się na zmianę - tydzień po francusku, tydzień po niemiecku... Jeśli dodamy, że w domu mówiła szwajcarskim dialektem niemieckim, w szkole używała Hochdeutsch (wysokiego, literackiego niemieckiego), uczyła się angielskiego (skutecznie), na studiach poznała rosyjski, a w Polsce nauczyła się mówić po polsku - to mamy obraz prawdziwej Szwajcarki -poliglotki ;) No dobrze, włoskiego nie zna, ale się porozumiewa...
Nie wiem, ile języków zna przeciętny, wykształcony Szwajcar, ale pewnie trzy, cztery... Beo, jak to jest?
Das ist alles...fur heute.

16 komentarzy:

Ori pisze...

Alles? Schade...
Ładnie tam, to prawda, spędziłam tam kiedyś kilka letnio-jesiennych miesięcy i wspominam przemiło, acz bez żalu. Pozdrawiam gorąco

An-na pisze...

Ori, może jeszcze coś napiszę, o jedzeniu,czyli o serach ;)
Ja też czułam się dobrze i wyjeżdżałam bez żalu. Za duży spokój ;)

Polka pisze...

Anno pisz pisz jak najwięcej! To poczytam i podkradnę Tobie garść wspomnień :)
Śliczna ta donica! Kolorowa i pełna życia :)

Ściskam :)

Ania pisze...

Lubię czytac takie relacje. Na koncu się uśmiałam o politycznym gescie, jakim jest kupno gazety w Pl. Coś w tym jest! Tez bym się uraziła, gdyby mi kto 'Nasz dziennik' proponowal ;) A np. moj dziadek nie moze przebolec, ze czytam Wyborcza, tę 'prawicującą' (!!!!) gazetę. Hi hi...

Jej, jaki widok z okna...

kasiac pisze...

Aniu, bardzo lubię czytać wakacyjne blogowe wspomnienia. Zawsze bije od nich taka radość, spokój, a naładowane baterie są wręcz namacalne! Najlepsze są takie wakacje, na których dobrze sie czuło i wraca sie bez żalu - czyli takie, jakie Ty miałaś:)))

An-na pisze...

Polko, Aniu, Kasiu - pewnie napiszę jeszcze o jedzeniu :)

An-na pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
buruuberii pisze...

Anna, bardzo przyjemna relacja, zwlaszcza piknikowy watek :) Piekne te okiennice na poczatek wpisu, az chce sie otworzyc!

Z Gazeta fajnie napisalas, zdazyla mi sie podobna sytuacja, przy czy sprzedawczyni wogole nie rozumiala czemu ja sie upieram przy tej Wyborczej, bo "w koncu w Naszym Dzienniku tez jest program TV" :-)

Małgosia.dz pisze...

An-no, ależ Wam fajnie być musiało... DLa samych widoków pewnie warto, a to zapewne dopiero początek atrakcji... :)

kass pisze...

Bardzo malowniczo!
Aniu wpadnij do mnie po wyróznienie!

An-na pisze...

Buruuberii, Małgosiu, Kass - dałam takie zdjęcia, bo ciągle oglądaliśmy coś z góry, a żeby się najeść albo napić, również pchaliśmy się pod górę, niekoniecznie na własnych nogach, często kolejką ;)

Bea pisze...

Anno, nie wiem jak to sie stalo, ze - znow... - przegapilam wpis :/ I na dodatek skierowane do mnie pytanie :)
Ale po kolei.
Widze, ze spedzilas bardzo przyjemne wakacje; sliczne widoki i sympatyczne miejsca, a przede wszystkim sympatyczni ludzie.
To fak, Szwajcaria juz z racji tych kilku urzedowych jezykow to przeciez ewenement. We 'francuskiej' czesci jest np. tak : w szkole dzieciaki zaczynaja sie uczyc niemieckiego i oczywiscie angielskiego; moze do tego dodatkowo dojsc wloski; jesli wiec (choc z wlasniej nieprzymuszonej woli raczej niemozliwe ;) ) naucza sie Schwiizerdüütsch, to juz maja 4-5 jezykow! To jednak niesamowite, prawda? No i niemiecki to jednak tutaj minimum. A kazda sekretarka w naszej szkole mowi piecioma jezykami (jedna nawet po rosyjsku, a jest rodowita Szwajcarka z krwi i kosci ;) ). Dwa-3 jezyki to tutaj naprawde minimum by znalezc 'dobra' prace.
Co do uprzejmych ludzi i milej obslugi to zgadzam sie calkowicie, z malenkim tylko 'ale'... I moze to niezbyt na miejscu co napisze, jednak to niestety cudzoziemcy sa czesto mniej 'przyjemni' :/ A ze cudzoziemcow tu coraz wiecej, to i atmosfera troche sie zmienia, niestety.
A wracajac do Zurichu, miasto znam dosyc slabo, gdyz najczesciej bylam tam albo przejazdem, albo docelowo np. na jakiejs wystawie (ostatni byl Monet, bylam pod wrazeniem...). Jednak mojego meza chyba nic by nie 'zmusilo' to przeprowadzki w tamte strony, mnie chyba tez nie ;)

Pozdrawiam serdecznie i przepraszam, ze napisalam dopiero teraz...

An-na pisze...

Beo, jeśli mieszkasz w Lozannie to doskonale rozumiem, czemu nie zamieszkalibyście w Zurychu - nawet ja zauważyłam, że część francuska i niemiecka to całkiem inne światy...

Bea pisze...

Zgadza sie :)

majana pisze...

Och, jak ja mogłam przegapić wpis?
Cudne zdjęcia i fajnie opisane :))
Pozdrawiam!

An-na pisze...

Majano, dziękuję :)